analiza

analiza

niedziela, 17 stycznia 2016

Natura LUDZKA, Inżynieria społeczna „Człowiek jest gatunkiem drapieżnej małpy, która na punkcie swego tzw. „ducha” powoli zachorowała na manię wielkości”


Inżynieria społeczna (politologia)



Inżynieria społeczna, inżynieria socjalna, socjotechnika, (ang. social engineering) w politologii, socjologii i marketingu to zespół technik służących osiągnięciu określonych celów poprzez manipulacjęspołeczeństwem.

Spis treści
1 Rozumienie socjotechniki
2 Kulturowe rozumienie socjotechniki
3 Cechy socjotechniki
4 Oddziaływanie socjotechniczne
5 Psychotechnika a socjotechnika
6 Stosowane techniki
7 Socjotechnika w totalitaryzmie
7.1 Cechy ogólne
7.2 Historyczne przykłady
8 Zobacz też
9 Przypisy
10 Bibliografia

Stanowi jedną z najważniejszych form oddziaływania aparatu państwowego, partii politycznych i elity władzy na tych:
których się już kontroluje;
których się pragnie kontrolować;
którzy przeszkadzają w sprawowaniu pożądanej kontroli[1].

Osoba posługująca się inżynierią społeczną sądzi, że cel, do którego dąży, jest ważniejszy niż prawda czy niezależność myślenia osób poddawanych manipulacji. Socjotechnika odwołuje się do emocji człowieka i stara się uśpić ludzki rozum. Często socjotechnik stara się przekonać odbiorcę jego przekazu do swoich idei nawet kosztem nieetycznego odrywania ich od rzeczywistości, bo sądzi on, że cel jego działalności uświęca takie środki.

Może być używana zarówno do celów moralnie ocenianych jako dobre lub złe. Powinna być stosowana, stwierdza Adam Podgórecki, "wyłącznie do realizacji celów, które są oceniane jako społecznie wartościowe"[2].

Socjotechnika może być stosowana dla dobra społeczeństwa. Przykładem może być tutaj wpajanie pozytywnych idei w procesie wychowania. Od zarania dziejów niektóre metody inżynierii społecznej były wykorzystywane w sposób nieświadomy przez przywódców dla wsparcia ludzi żyjących w ciężkich warunkach. Niektóre religie od zawsze bezwiednie posługiwały się socjotechniką, aby wzmocnić pozytywne oddziaływanie na wiernych i dać im siłę do przetrwania trudów codzienności.W XX wieku inżynieria społeczna stała się narzędziem niszczenia człowieka. Reżimy totalitarne świadomie wykorzystały socjotechnikę do ogłupiania rządzonych przez nich ludzi w celu utrzymania władzy. Manipulacja prowadziła często do rozniecania negatywnych uczuć jak strach, agresja i nienawiść. Holocaust czy Gułag nie byłyby możliwe bez zastosowania metod inżynierii społecznej

natura ludzka


O PRZEKRACZANIU GRANIC.


„Człowiek jest gatunkiem drapieżnej małpy, która na punkcie swego tzw. „ducha” powoli zachorowała na manię wielkości” (Theodor Lessing). Ta zaś mania powoduje, że reprezentanci tego gatunku nie potrafią zaznać spokoju, żyją w ciągłym gorączkowym podnieceniu na tle własnej wartości, są miotani w różne strony burzliwymi namiętnościami i sprzecznymi dążeniami. I dlatego ludziom bardziej podoba się to, co niezwykłe i obce niż znane i swoje, co nowe i niesłychane niż dawne i sprawdzone; uwielbiają ruch i przemiany; ciągle do czegoś dążą mimo wielu rozczarowań; biegną - sami nie wiedząc dokąd i po co… „Zazwyczaj nasze czyny tak rażąco przeczą sobie nawzajem, że wygląda to wręcz nieprawdopodobnie, iż pochodzą z tego samego źródła. Brak stałości wydaje się najbardziej pospolitą i widoczną ułomnością naszej natury… Nie ma takich cech, któreby w całości i bez reszty w nas panowały” ( Montaigne).

Jedną z cech natury ludzkiej stanowi nieprzerwane rodzenie się w niej coraz to nowych chęci i ambicji, co m.in. dobitnie utrudnia racjonalne poznanie i samopoznanie. Zanotował więc Blaise Pascal: „Jesteśmy jeno fałszem, dwoistością, sprzecznością, kryjemy się i maskujemy nawet sami przed sobą… Człowiek nie jest ani aniołem, ani bydlęciem; nieszczęście w tym, iż kto chce być aniołem, bywa bydlęciem”. Na szczęście to bydlę potrafi niekiedy ten fakt sobie uświadomić. „Wielkość człowieka jest wielka w tym, że zna on swoją nędzę” (Pascal). Lepiej by jednak było, gdyby potrafił skuteczniej tej nędzy się przeciwstawić. G. W. Leibniz pisał, że człowiek popełnia wielkie błędy, ponieważ oddaje się namiętnościom i ponieważ sam Bóg oddaje go na pastwę zmysłów, wymierzając mu zresztą za to karę, raz jak ćwiczący lub karcący ojciec czy nauczyciel, raz znów jak sprawiedliwy sędzia, karzący tych, którzy od Niego odstępują. „Człowiek w miarę, jak postępuje niesłusznie, czuje się źle, Bóg zaś za sprawą cudownej sztuki zmienia wszelkie błędy w największą ozdobę swojego wielkiego świata. Podobnie bywa z perspektywistycznymi pomysłami, które polegają na tym, że jakieś piękne rysunki wydają się tylko bezładną bazgraniną, dopóki nie przyjmujemy odpowiedniego punktu widzenia albo nie oglądamy ich za pośrednictwem jakiegoś szkła czy też lustra. Ustawiając je i wykorzystując należycie, sprawiamy, że stają się one ozdobą gabinetu. W taki sam sposób pozorne zniekształcenia naszych małych światów składają się na piękno wielkiego świata i nie zawierają niczego, co przeszkadza jedności powszechnej, nieskończenie doskonałej zasady. Przeciwnie, powiększają one zachwyt dla jej mądrości, dzięki której zło służy największemu dobru.”

Pierre Bayle jednak uważał, że „człowiek jest zły i nieszczęśliwy, wszędzie są więzienia i szpitale, historia to tylko zbiór zbrodni i niepowodzeń ludzkości”. Machiavelli zaś był przekonany, że mało jest ludzi bardzo złych oraz bardzo dobrych, przez co spełza na niczym wiele pożytecznych przedsięwzięć . U tego przenikliwego Włocha znajdujemy zresztą mnóstwo trafnych obserwacji nad sprzecznościami natury ludzkiej, że zacytujemy tutaj tylko kilka spośród wielu: „Ludzie z natury swej pragną rzeczy nowych; pragną ich zarówno ci, którzy są szczęśliwi, jak i ci, którzy nimi nie są; prawdą jest bowiem, że ludzi nuży dobrobyt, a nieszczęścia dręczą. Owo pragnienie nowości sprawia, że wszystkie drzwi w kraju otwierają się przed tym, który coś nowego przynosi. Jeżeli jest on cudzoziemcem, wszyscy za nim biegną, jeżeli rodakiem, otaczają go, wspomagają i popierają tak, że jakąkolwiek wybrałby drogę, szybkie poczyni postępy. (…)

Ludźmi kierują dwa podstawowe uczucia - miłości i strachu; okazują więc posłuszeństwo zarówno tym, którzy potrafią zjednać sobie ich miłość, jak i tym, którzy napawają ich obawą. Można nawet powiedzieć, że największy posłuch i szacunek przeważnie zapewniają sobie ci, których ludzie się boją. (…)

Nie warto pragnąć, aby nas zbytnio kochano lub obawiano się. Bo oba te pragnienia mogą spowodować wiele złego i doprowadzić do zguby. Bowiem ten, kto zbytnio pragnie być kochany, zasłuży sobie na pogardę, jeżeli tylko posunie się nieco za daleko; natomiast ten, kto zbytnio pragnie, aby go obawiano się, stanie się wszystkim nienawistny; zasady złotego środka nie pozwala nam zaś się trzymać nasza natura…

Usposobienie ludzi jest tak niespokojne, iż wystarczy uchylić drzwi ich ambicji, aby natychmiast zapomnieli o miłości dla władcy, którego kochali dzięki jego dobroci…

Ludzie martwią się złem i nudzą dobrem, przy czym tak jedno, jak i drugie przynosi te same skutki. I tak, jeśli konieczność nie zmusza ich do prowadzenia wojen, prowadzą je z ambicji. Ta ostatnia jest namiętnością tak potężną, że nie opuszcza ludzi nigdy, niezależnie od wszelkich godności, jakie piastują. Przyczyna tego jest następująca: natura stworzyła człowieka takim, że wszystkiego może pragnąc, ale nie wszystko osiągnąć; pragnienie jest zatem zawsze większe od zdolności nabycia - stąd niezadowolenie z tego, co się posiada. W ten sposób tłumaczy się zmienność ludzkich losów; a ponieważ część ludzi pragnie posiadać więcej, a część obawia się utracić to, co posiada, od zawiści dochodzi do wojen, które doprowadzają jedne kraje do ruiny, a inne do dobrobytu…

We wszystkich dobrze rządzonych państwach skarb powinien być zasobny, a obywatele ubodzy… Ludzie o wiele bardziej cenią sobie bogactwa niż zaszczyty… Dążąc zarówno do pierwszych jak i do drugich często nie liczą się z niczym i popełniają mnóstwo nieprawości.”



***

Dwoistość natury ludzkiej manifestuje się w wieloraki sposób. Alexis de Tocqueville zauważał w jednym ze swych znakomitych dzieł: „Człowiek wyłania się z nicości i przechodzi przez czas, by zniknąć na zawsze w objęciach Boga. Zobaczyć go można tylko przez małą chwilę, jak błądzi na granicy dwóch otchłani, by się niebawem pogrążyć bezpowrotnie w niebycie… Wszelako istota człowieka jest na tyle odsłonięta, że może on dowiedzieć się czegoś o sobie, i zarazem na tyle zakryta, że reszta gubi się dla niego w nieprzeniknionych ciemnościach, w których pogrążony poszukuje ciągle na próżno, nie mogąc do końca zrozumieć ani świata, ani siebie”.

W ten sposób człowiek zawieszony niejako między niebem a ziemią jest skazany na niepewność co do swej egzystencji i swej istoty. Być może także ta niepewność powoduje, iż człowiek ma wewnętrzną potrzebę manifestowania samego siebie i swego istnienia poprzez okazywanie uczuć i myśli w czynach zewnętrznych. Vilfredo Pareto odnotował: „Silnym uczuciom towarzyszą przeważnie pewne czyny, które nie muszą pozostawać w bezpośrednim związku z tymi uczuciami, lecz zaspokajają potrzebę działania. Podobne zjawiska możemy zaobserwować u zwierząt. Kot na widok ptaka porusza szczękami; pies, kiedy zobaczy pana, ożywia się i merda ogonem, papuga macha skrzydłami itd…

Czyny, za pomocą których okazywane są uczucia, wzmacniają uczucia i mogą je nawet wywołać u tych, którzy ich nie mają. Jest to dobrze znane zjawisko psychologiczne polegające na tym, że jeśli pewien rodzaj emocji objawia się danym stanem fizycznym, to może się zdarzyć, iż osoba, która wywoła u siebie ten stan, doprowadzi do wytworzenia w sobie odpowiadającego mu rodzaju emocji. Zjawiska tej klasy są więc związane skomplikowanym łańcuchem akcji i reakcji z emocjami, uczuciami, namiętnościami”.

Osobnicy, których nauka określa jako neurotyków, a którzy stanowią zdecydowaną większość rodzaju ludzkiego, są istotami nader niekonsekwentnymi. Uważają, że nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Są więc bogami we własnych oczach. To do nich ma należeć świat, a nędzna reszta musi być dumna z tego, iż stanowi nawóz posypywany pod ich wielkość. Ci z nich, którzy zawsze mają rację, uważają, że nie powinni podlegać krytyce lub doświadczać braku zaufania i pokory intelektualnej ze strony innych ludzi. Wszyscy muszą kornie pochylić czoła przed urojoną wielkością neurotyka, tak jak on sam to już uczynił. Jeśli jest ogarnięty żądzą władzy, już sam ten fakt jest dostatecznym powodem, by mu ją oddać i podziękować za to, że raczył ją przyjąć.

Inni znów osobnicy należący do tego wdzięcznego gatunku traktują życie jako grę, w której ludzie są obiektem zręcznej manipulacji, i uzurpują sobie prawo do oszukiwania innych. Ich samych natomiast pod żadnym pretekstem oszukiwać nie wolno. [„Gdy Kali do kogoś strzelać, to dobrze; gdy ktoś strzelać do Kali, to źle. Gdy Kali komuś ukraść krowę, to dobrze; gdy ktoś ukraść krowę Kali, to źle”]. Osoba agresywnie wyzyskująca innych, przeprowadzająca swoją wolę metodą szantażu i zastraszania uzna za głęboko niesłuszną propozycję uczciwej umowy na zasadzie równości. Indywiduum aroganckie i mściwe, z tendencją do obrażania i poniewierania innych, ale pragnąca ich uznania , zasługuje w swoim mniemaniu na nietykalność. Jej wolno ingerować w cudze życie, ale nikomu nie wolno temu się przeciwstawić.

Wielorakie i rozmaite są tego rodzaju wykoślawienia deformujące dusze i zachowania ludzi. „Być człowiekiem to rzecz trudna. Rzadko się zdarza, bardzo rzadko, aby człowiek jako istota przynależąca do biologicznego gatunku był również „człowiekiem” w sensie idei humanizmu.

„Uczcie się poznawać zwierzęta, abyście pojęli, jak trudno jest być człowiekiem” - mam zwyczaj mówić swoim studentom” (Max Scheler). Tenże myśliciel niemiecki uważał, że ludzkość, przechodząc przez długi i trudny okres uczłowieczenia, raz po raz cofa się i wpada w okresy „względnego zezwierzęcenia”. Da się to zaobserwować w zachowaniach jednostek, jak i zbiorowości ludzkich, w tym całych narodów, choć każdy rad chętnie ukrywa swą „zwierzęcość”. Człowiek okazuje na zewnątrz zawsze to, co nie jest jego istotą, i ukrywa to, po czym można byłoby dokładnie sądzić o jego wewnętrznym usposobieniu. Tym bardziej powinno się pamiętać, iż o kimkolwiek trzeba sądzić według jego istotnych cech, a nie według masek i szat, które na siebie przywdziewa. Trudno zresztą w ogóle porywać się na ocenianie innego człowieka. Fr. Nietzsche ostrzegał przecież: „Żadne doświadczenie z człowiekiem, chociażby on nam był jak najbliższy, nie może być tak zupełne, żebyśmy mieli logiczne prawo do ogólnego oszacowania go; wszelkie oceny są przedwczesne i nimi być muszą. Ostatecznie miara, którą mierzymy, czyli nasza własna istota, nie jest wielkością niezmienną, ulegamy nastrojom i chwianiom, a przecież musielibyśmy poznać siebie jako miarę, żeby sprawiedliwie oszacować stosunek do siebie jakiejkolwiek rzeczy… Z urodzenia jesteśmy istotami nielogicznymi, a stąd niesprawiedliwymi”… Ludzie przeważnie są źli i przewrotni i dlatego często padają ofiarą własnej i cudzej perfidii; nie wiedzą też ani kim są oni sami , ani ich bliźni. „Niewinni ludzie zresztą padają ofiarą najczęściej, gdyż ich nieświadomość nie dozwala im rozróżnić między miarą a nadużyciem tudzież w porę mieć się względem siebie na baczność… Wszędzie, gdzie zachodzi potrzeba doświadczenia, przezorności i rozwagi, właśnie człowiek niewinny popadnie w najzupełniejsze zepsucie, gdyż z zamkniętymi oczyma zmuszony jest wypić męty i najjadowitszy osad każdej rzeczy” - pisał Fr. Nietzsche w „Jutrzence”. I jeśli chodzi o kobiety, dodawał w „La gaya scienza” :

„Wyrzucił puste słowo na wiatr: ot, podnieta

W nudzie - a jednak przez nie upadła kobieta”.

Ludzie nie znają granic w samolubstwie, w (żałosnym w istocie) samokreowaniu się na bohaterów, które to „bohaterstwo” manifestuje się najczęściej w przesadzie, w wulgarności etycznej i estetycznej. Witold Gombrowicz wyznawał: „Mnie zawsze irytowali artyści nazbyt fanatyczni. Nie znoszę poetów, którzy są za nadto poetami, i malarzy, zbyt oddanych malarstwu. Ja w ogóle domagam się od człowieka, żeby się nigdy niczemu całkowicie nie oddawał. Żądam, aby był zawsze troszkę poza tym, co robi”.

Inna znowuż cecha, połączona z poprzednią, przejawia się w łatwym uleganiu sugestiom i autosugestiom; także tym, najbardziej ujemnym i niszczącym. „Człowiek jest taki, iż skoro mu będziemy powtarzali, że jest głupcem, uwierzy w to; jeżeli będzie to wmawiał sam sobie, też uwierzy” (Blaise Pascal). W swym emocjonalnym nieumiarkowaniu, w nieustannym przekraczaniu granic rozsądku człowiek tak potrafi naszkodzić sobie samemu, jak żaden wróg nie potrafiłby. Miał więc rację Szota Rustaweli, gdy notował: „Wróg wrogowi nie naszkodzi, jak sam sobie człowiek może”.

***
W samouwielbieniu ludzie, a szczególnie ludzie pióra, posuwają się nieraz daleko poza granice rozsądku, ogłaszając siebie za „nadludzi”, jak to czynił Fryderyk Nietzsche w skądinąd pięknym i fascynującym dziele „Also sprach Zarathustra” : „Czymże jest małpa dla człowieka? Pośmiewiskiem i sromem bolesnym. I tymże powinien być człowiek dla nadczłowieka: pośmiewiskiem i wstydem bolesnym.

Przebyliście drogę od robaka do człowieka i wiele jest w was jeszcze z robaka. Byliście niegdyś małpami i dziś jeszcze człowiek bardziej jest małpą, niźli jakakolwiek małpa”…

Także inny utalentowany piewca indywidualizmu uderzał w podobny ton, gdy pisał: „Jeśli czujesz się przywiązany do Swej przeszłości i musisz dziś paplać, boś paplał wczoraj, jeśli nie możesz się w każdej chwili zmienić, to kosztujesz w niewoli Swych bredni. Dlatego też w każdej chwili Twojego istnienia przywołuje Cię nowa chwila przyszłości, a Ty, zmierzając ku niej, wynurzasz się „sam z Siebie”, a mianowicie pozbywasz się Swego obecnego Ja. Ty, jaki jesteś w każdym momencie, jesteś Swoim dziełem i właśnie w tym „dziele” nie chcesz Siebie, stwórcy, zatracić. Taki, jaki jesteś, sam jesteś wyższą istotą i przewyższasz sam Siebie… Ty jesteś tym, który jest wyższy niż Ty sam”… (Max Stirner, Jedyny i jego własność). Gdyby te słowa odczytać bez egzaltacji i bez rozgorączkowanej manii wielkości, właściwie mielibyśmy do czynienia z wcale chwalebnym dążeniem rodzaju ludzkiego do samopoznania, samorozwoju i samodoskonalenia. Taka bardziej umiarkowana tendencja nie była zresztą nigdy obca wielkiej filozofii niemieckiej, której jeden z godnych reprezentantów pisał: „Człowiek jest istotą, której sam sposób istnienia jest kwestią otwartej wciąż decyzji, kim chce być i kim chce zostać. Ideałem dla człowieka jest natomiast - „człowiek uniwersalny”, nie zaś wykoncypowany z dystansu wobec masy i wobec wszelkiej demokracji nadczłowiek. Nadludzie i podludzie - zgodnie z ideałem człowieka uniwersalnego - powinni stać się ludźmi. (…)

Człowiek nie jest rzeczą - jest on kierunkiem ruchu samego uniwersum, wręcz samej jego zasady… Idzie zatem o przestrzeń dla człowieka i dla jego nieskończonego w swej istocie rozwoju, nie zaś o utrwalenie na podstawie pewnego „przykładu” jakiejś jego postaci - wziętej już to z historii naturalnej, już to z dziejów powszechnych! „Ludzkość niesie w sobie nieograniczoną liczbę linii rozwojowych, bardziej tajemniczych i wspanialszych, niż się sądzi” (Leopold von Ranke). (…)

W każdej epoce pojawić się może człowiek względnie uniwersalny, maksimum człowieczeństwa uniwersalnego, jakie jest jej dostępne, względnie maksimum udziału we wszystkich najwyższych formach ludzkiego istnienia”. (Max Scheler, Człowiek w epoce zacierania się przeciwieństw).

Takie pozytywne przekraczanie granic przeciętności i dążenie do osiągnięcia wyżyn kultury zasługuje ze wszech miar na uznanie i szacunek. Powinno ono jednak być świadome swej własnej ograniczoności, subiektywizmu i względności, które są zasadniczo nie do pokonania. „Jedno tylko pozostaje suwerennym, niezmiennym, pierwotnym prawem człowieka: siłą swego ducha nie tylko móc oszacować dokładnie nadchodzące wydarzenia, ale móc liczyć się z nimi zgodnie z ich wciąż hipotetycznym i prawdopodobnym, oczekiwanym kształtem, dalej zaś mocą swej woli chwilowo hamować i zapobiegać ich zaistnieniu, lub przeciwnie - przyspieszać je bądź chwilowo odwlekać w rytmie czasowego następstwa - tak choćby, jak czyni to katalizator w procesie chemicznej reakcji” (Max Scheler, Problemy socjologii wiedzy). Większej mocy ludzkości nie dane posiadać.

***

Nie wolno wymagać od ludzi czegoś, co przekracza ich gatunkowe możliwości. Jak radził Franciszek Schubert, wielki kompozytor niemiecki, w swym dzienniku, powinno się brać ludzi takimi, jakimi są, a nie takimi, jakimi oni mają być. Nie warto też narzekać na to, że czasy są złe. Są one takie bowiem, jakie być muszą i innymi być nie mogą. Św. Augustyn zresztą zauważył: „Mówicie: czasy są złe, czasy są ciężkie, czasy są nieszczęśliwe. Niech życie wasze będzie dobre; żyjąc dobrze, zmienicie czasy i nie będziecie mieli powodu do narzekania”. W dobrym zaś życiu, w stawaniu się dobrym człowiekiem zawsze pomaga - o ile ludzie tego pragną - sam Bóg. „Nie może być sprzeczności między pragnieniem, by być dobrym człowiekiem, a pragnieniem, by być chrześcijaninem, ponieważ nie można stać się chrześcijaninem, nie chcąc stać się dobrym człowiekiem” (Michel Blondel). Nawiasem mówiąc, łaska bycia dobrym człowiekiem, czyli osobą moralną, zawsze, tak jak łaska wiary, również pochodzi od Boga i jest dla ludzi błogosławieństwem. Niemiecki etyk Dietrich von Hildebrand uważał, że do istotowości człowieka należy jego przyporządkowanie Bogu, manifestujące się nie tylko w wierze (przy czym w wierze szczerej, a nie pozorowanej przez „chodzenie do kościoła”) , lecz przede wszystkim w godziwym postępowaniu moralnym, które właściwie i jest sednem człowieczeństwa. „Nasze przyporządkowanie do czegoś nie oznacza, że rozpatrujemy je z punktu widzenia naszego własnego doskonalenia się; tak, jakbyśmy jego raison d’etre upatrywali w jakiejś aksjologicznie neutralnej potrzebie zawartej w samej naturze danego jestestwa. Przeciwnie! Musimy zrozumieć, że właśnie sama dobroć jest raison d’etre przyporządkowania do dobra, i, w końcu, do Boga - będącego dobrocią nieskończoną.

Do natury człowieka należy jego zdolność przekraczania samego siebie. Dlatego jego przyporządkowanie Bogu jest dokładnym i typowym wyrazem ludzkiego transcendowania. Ukazuje ono w sposób oczywisty jego istotową odmienność od wszelkich jestestw, które mają jedynie zdolność pewnego immanentnego, nieświadomego dążenia do samodoskonalenia. Wskazuje ono na jego zdolność do oddawania się wartościom, do odpowiadania na wartości, które wywołane jest całkowicie przez nieskończoną dobroć i świętość Boga.

Widzimy więc, że to przyporządkowanie Bogu, czyli fakt, iż cały nasz byt stworzony, określony i ukierunkowany jest przez Boga, nie stanowi antytezy czystej aksjologicznej odpowiedzi na Boga. Przeciwnie! To przyporządkowanie Bogu zawiera w sobie powołanie do poznania i miłowania Boga, a miłowanie Boga nie oznacza niczego innego niż czystą aksjologiczną odpowiedź na Boga. To przyporządkowanie Bogu zawiera w sobie zdolność do czystej odpowiedzi na wartość i w tej odpowiedzi naprawdę osiąga swój szczyt. Jako podmiot i osoba człowiek przyporządkowany jest i powołany do tego osobistego odniesienia do Boga. Do jego istoty należy przekraczanie samego siebie i zdolność do prawdziwego poddania się wartościom. Fakt, iż to poddanie się wartościom jest jedyną drogą człowieka do realizacji pełni jego natury, czyli do urzeczywistnienia wszystkich wartości, do urzeczywistnienia których jest on zdolny i powołany, bynajmniej nie oznacza, że to poddanie się jest jedynie środkiem do jego samospełnienia.”

To poddanie się wartościom, czy odpowiedź na wartości, ma sens samo w sobie, a moralne udoskonalenie siebie, które osoba z tego wynosi, ma raczej jedynie charakter pewnej nagrody… Transcendentny charakter odpowiedzi na wartość, jej bycie motywowaną wyłącznie przez wartość przedmiotu, nie przeczy bynajmniej przyporządkowaniu temu dobru całego naszego bytu.

Niekiedy przeżywamy nawet sytuacje, w których widzimy, w jaki sposób to przyporządkowanie i odpowiadanie na wartość wzajemnie się przenikają. W wielkiej miłości przeżywamy zasługiwanie osoby kochanej na bycie kochaną jako jedyną podstawę naszej miłości. Jej piękno i dobroć pojawiają się przed nami jako czyste zaskoczenie. Jednocześnie jednak przeżywamy to, że osoba kochana jest spełnieniem wszystkiego tego, za czym ciągle w nieokreślony sposób całym naszym jestestwem tęskniliśmy. I rozumiemy, że to, iż tę kochaną osobę znaleźliśmy, nie jest rzeczą przypadku, lecz przeznaczenia.

Z tego też powodu interpretowanie tego bycia godnym miłości osoby kochanej jako zwykłej zdolności do kojenia przez nią mojej tęsknoty nie odpowiadałoby prawdzie sytuacji. Kocham ją, ponieważ jest godna miłości; kocham ją dla jej piękna i dobroci, które niezależnie ode mnie posiada. Zarazem jednak jej piękno i dobroć wypełniają moją tęsknotę, która ze swej natury ma charakter transcendujący. Nie można jej interpretować jako prostego popędu ku czemuś, co jedynie zaspokaja moją potrzebę. I dalej niemiecki mędrzec notuje: „ W naszym odniesieniu do Boga to wzajemne przenikanie się odpowiedzi na wartość i przyporządkowania występuje na poziomie nieporównanie wyższym. Z jednej strony, kiedy człowiek nawraca się i zwraca się ku Bogu i Kościołowi, przeżywa absolutnie nową, absolutnie nieprzeczuwalną wspaniałość i świętość Chrystusa; pojmuje, ze święte człowieczeństwo Chrystusa nieskończenie przewyższa wszelkie możliwe ideały, jakie umysł ludzki może pomyśleć. Z drugiej strony natomiast przeżywa on to, że Chrystus jest wypełnieniem całego jego najintymniejszego dążenia. W tym znaczeniu św. Augustyn powiada: „I niespokojne jest serce nasze, dopóki w Tobie nie spocznie”. Gdy zaś pozna prawdę, pozna też swe przyrodzone granice - a nie są one wąskie - i uspokaja się, i już nie zadręcza samo siebie. Gdy człowiek przekroczy granicę, zakreśloną między nim a Bogiem, i zmierza w kierunku Najwyższego, doznaje ukojenia i radości, które nie przemijają, lecz się wzmacniają na łożu śmierci, ponieważ śmierć stanowi spotkanie z życiem wiecznym w Bogu.

***

W masowej kulturze współczesnej , mianowicie w literaturze, teatrze czy filmie (dotyczy to wprost produkcji pornograficznej, ale nie tylko jej) postuluje się jako godne naśladowania obrzydliwe przekraczanie granic przyzwoitości w kierunku wszechdozwoloności. Jest to niewątpliwie jedno z najzgubniejszych bezdroży, jakie są ludziom wskazywane w celu ich moralnego uśmiercenia. Właściwy kierunek jest dokładnie odwrotny, jest to kierunek wskazany przez ideał czystości moralnej.

***

Niż przekraczanie granic bardziej twórcze i budujące bywa trzymanie się w granicach. Niekiedy spotyka się ludzi obdarzonych z natury poczuciem tego, co dobre, i zdolnością do trzymania się tego właśnie. Ta bezrefleksyjna czystość promieniuje na otoczenie i czyni obcowanie z osobami o szlachetnym sercu czymś nad wyraz miłym. Rosyjsko-niemiecki filozof Nicolai Hartman zauważał: „Czysty jest ten, kogo żadne pożądanie nie uwodzi, żadna pokusa nie podnieca. Jego etos polega na intencji odwrócenia się od anty-wartości w ogóle.

Jednak daleko ostrzej niż do dobra, z którym czystość dość dobrze znosi się, kształtuje się jej przeciwieństwo do pełni. Tutaj wyraźnie ukazuje się charakter antynomii. Etos pełni przyjmuje „wszystko” i wartościuje pozytywnie także to, co sprzeciwia się wartości. Czystość wyklucza z siebie wszystko, co uchybia wartości. Ona jest izolowaniem się przed złem, jest nietknięciem, etycznym zahartowaniem. Brak moralnego doświadczenia jest tutaj wartościowy. Doświadczenie, tak dalece, jak otwiera ono na bogactwo treści, musi zajmować się wszystkim, od czego przylepia się coś do osoby. Człowiek doświadczony przeszedł konflikt, otworzyły mu się oczy, ale za cenę niewinności. Wina jest z punktu widzenia czystości złem największym, niewinność zaś najwyższym dobrem. Niewinność człowieka nie pojawia się jako przezwyciężenie winy, lecz tylko jako prastan sprzed wszelkiej winy, jako niewypróbowanie, cnota dzieci, która nie jest żadną zasługą, a przecież posiada najwyższą wartość moralnej jakości.

Niewiedza, prostota, naiwność mają tutaj pozytywną wartość. Budują etos „sancta simplicitas”. Moralnie skomplikowany człowiek jest niepewny, uwięziony w życiowym konflikcie, nie odnajduje naturalnie prostej drogi. Do czystości należy moralny fenomen naturalności, pewność i oczywistość właściwej drogi - rodzaj moralnego instynktu odwracania się od zła bez właściwej wiedzy o złu i dobru. Ten fenomen jest dostatecznie znany przy moralnej niedojrzałości lub temu, kto stoi na granicy dojrzałości, jeśli tylko nie jest zepsuty i spaczony. W tym fenomenie zawiera się pełnia coraz to subtelniejszych niuansów wartości, której pojęcie nie potrafi uchwycić, która pozwala się tylko napomknąć. Przez dotknięcie pojęciami zostanie już sfałszowana. Organ czucia wartości okazuje się tutaj nieskończenie zróżnicowany w porównaniu z ciężką logiką myślenia. Prostota, szczerość, skromność człowieka czystego ma w sobie coś sugestywnego, czarującego, zbawiającego dla tego, kto żyje pełnią i jest nią obciążony. Ten zna duchowe ubóstwo człowieka czystego i w swym bogactwie przecież tęskni za nim. (…)

Etos czystości obejmuje wszystkie dziedziny ludzkich zachowań, jak i wszystkie rodzaje aktów. I wszędzie zachowuje swe szczególne znamię. Jako czystość czynu jest on prostolinijnym sposobem postępowania, brakiem dróg krętych i ukrywania celów prawdziwych za pozornymi. Jako czystość słowa jest on przejrzystością, która wyklucza dwuznaczność, niejasność, zawoalowanie czy aluzyjność. W ich tle leży czystość myśli, skromna rzeczywistość, spontaniczny obiektywizm, brak ukrytych myśli i pobudek.

Ale w centrum wszystkiego znajduje się czystość sposobu odczuwania - prostota w miłości i nienawiści, szacunku i pogardzie, łaskawości i gniewie. W tym sensie nieczyste jest zachowanie nieprzejrzyste wobec innych osób, obciążone sprzecznymi tendencjami - jak zawistny podziw, zazdrosna (podejrzliwa) miłość, tłumiony lub bezsilny gniew, a nade wszystko fałszujący osad resentymentu. Tak rozumiana czystość jest niechęcią wobec wszystkiego, co tajemne, niewyznawalne, do jakby „drugiej skłonności” czyhającej w głębi własnej istoty, jak i do chwil wewnętrznych zahamowań, takich jak fałszywa wstydliwość w miłości czy uwielbieniu, która jest przykrywką moralnego tchórzostwa. Człowiek czysty przyznaje się swobodnie do swych prawdziwych odczuć zarówno przed sobą samym, jak i, gdy do tego dojdzie, przed drugim. Obca jest mu troska o to, jak jego odczucia odczytują inni, w jakim świetle będzie postrzegany. Nie przyjmuje postawy dystansu wobec swych własnych nastawień zmysłowych. One przenikają go bezpośrednio i wypełniają jego istotę. W niej dokonuje się harmonia zewnętrznego i wewnętrznego, świadomego i nieświadomego zachowania.

W tym samym sensie można mówić o czystości woli. Czystość jest tu bezgranicznym oddaniem i całością aktu woli. Wobec człowieka czystego każdy ma pewność, że w jego intencjach wyraża się istota osoby. Kto ma tego wyczucie, może ciągle być jej pewnym. Zatem człowiek czysty jest od razu wiarygodny, godny zaufania nawet wtedy, gdy szczególnie nie zależy mu na tym, by pokładanego zaufania nie zawieść.

To samo powtarza się w sferze niższych pragnień i popędów. Nie ten jest czysty, kto nie ma żadnych popędów, ale właśnie ten, u kogo zachowują one swą niesfałszowaną naturę i piękno. Dla niego wyparcie się ich, jak i nadużycie, są na równi zaprzeczeniem czystości. Delikatność, wstydliwość, czystość seksualna są czystością w sferze zmysłów. Dla niewinnego są one równie naturalne jak sam popęd zmysłowy, a zatem z jego utratą także jego naturalna czystość zostałaby sfałszowana”… Popędliwość (uleganie popędom) jest niekiedy w kategoriach teologii określana jako „diabelskość”, domena szatana.

***

Interesującą interpretację tej sfery znajdziemy w „Etyce” Arnolda Geulincxa: „Diabeł w odniesieniu do etyki (co bowiem Pismo Święte o nim mówi, tam czytaj i pobożnie w to wierz), jest skłonnością do trwania w jakimś rodzaju działania jedynie dlatego, że zacząłeś tak działać. Kiedy mianowicie nie przyjemność (co należało do cielesności), nie sława albo poważanie (co należało do świata) zatrzymuje cię dłużej w przedstawionym i przedsięwziętym raz rodzaju działania, lecz czysty upór, i dalej coś robisz tylko dlatego, że zacząłeś, chociaż może mają miejsce rzeczy wstrętne, niesława, straty, bieda, choroby. Zejście zaś ze świata do diabła jest łatwe. Widzimy bowiem bardzo często, że ci, którzy przyjęli jakiś surowy, szorstki sposób życia, aby złapać promyk chwały i poważania, kiedy mija ta próżność - ponieważ żaden już większy zaszczyt nie zostanie przyznany, ponieważ nie następuje żaden większy podziw ludu, lecz raczej wzgarda i wyszydzenie owych obcych i usilnie ponawianych działań - nie mogą jednak przestać, lecz postępują dalej wśród trudności i po nierównej drodze, ponieważ już dawno ją sobie wyznaczyli; zapewne nie dlatego, że uważają, iż haniebnie jest odstąpić (jak długo bowiem niepokoją się z powodu tej hańby i niesławy, tak długo jeszcze są w świecie), lecz ponieważ zaczęli, a od tego, co zaczęte, nie mogą odstąpić.

Największą część diabła posiadają ludzie starsi. Ci bowiem ten rodzaj życia, który w młodości pobudzanej cielesnością i światem sobie przybrali, uparcie bardzo często zatrzymują; nie dlatego, że podoba się albo wypada, lecz dlatego, że przywykli, i długo mają zwyczaj tak działać, a przyzwyczajenie, jakby drugą naturę, trudno jest usunąć.

Tak więc cielesność ludzi młodych, świat ludzi w sile wieku, a diabeł starców - najczęściej i niepokoi, i posiada. Niekiedy jednak ten porządek zostaje zakłócony i niekiedy trafia się świat oraz cielesność w starcach, diabeł w ludziach młodych; owszem, jeden i ten sam człowiek w ciągu jednej godzinki wpada w ręce tych trzech tyranów i najpierw z pewnością jest we władzy cielesności, później świata, a na końcu diabła. To w głównych rozkoszach, antonomastycznie tak nazywanych (miłości cielesnej i jedzeniu), tak jest wyraźne, że prawie można ręką tę rzecz dotknąć. Na przykład zaczynają pić, ponieważ jest miłe towarzystwo i dobry napój (tu rozumiemy cielesność); lecz chociaż ta przyjemność zostaje usunięta przez nasycenie, jednak nie przestają pić, ponieważ uważa się, że nie wypada przed innymi opuścić towarzystwo, przeciwnie zaś chwalebne jest wiele wytrzymywać i innych w piciu przewyższać (tu słyszysz świat); wreszcie także, kiedy te cugle zostaną zerwane, kiedy już dalej nie przyjemność, lecz wstręt, nie sława, lecz niesława z powodu pijaństwa, wymiotów, przykrości, którą sprawiają gościom i domownikom, urąganie i wzgarda stojących obok nękają, jednak dalej piją, ponieważ tak trudno jest odstąpić od tego, co zaczęli (tu rozumiemy diabła).

Na podstawie tego, po pierwsze, widoczne jest, że między wrogami cnoty diabeł jest najwstrętniejszy, najstraszniejszy, pełen smutków, wstrętu i rozpaczy, pozbawiony jest bowiem prawie wszelkiej przyjemności, czy prawdziwej (ta bowiem jedynie wywodzi się od cnoty), czy fałszywej i powierzchownej, ponieważ owa pochodzi od cielesności i świata, które wcześniej przechodził ten, kto powierzył się diabłu. Tymczasem i w diable jest jakaś przyjemność, lecz straszna, wstrętna i obrzydliwa. Ponieważ rozum nie wskazuje, że należy trwać w tym, co zacząłeś, a ty jedynie dlatego trwasz, że zacząłeś, to trwasz w tym działaniu, które zacząłeś, tylko powodowany jakąś żądzą i dlatego, że tak ci podoba się i jest miłe. Na podstawie tego widzisz i to, że cielesność trafia się także w jakiś sposób w pozostałych wrogach cnoty i że są tylko dwa rodzaje ludzi: jeden cielesny, który działa powodowany zadowoleniem oraz żądzą i ponieważ tak podoba się; drugi duchowy, który kieruje się duchem, umysłem lub rozumem i nigdy nie działa dlatego, że podoba mu się, lecz ponieważ wypada i tak należy czynić.

Po drugie, jest widoczne, że diabeł, na ile wynika to z jego natury, jest wieczny. Albowiem chce trwać, ponieważ zaczął, ten, kto oddał się diabłu; lecz tego nigdy nie skończy, na ile może sam z siebie; ciągle bowiem zaczyna i dlatego konieczne jest, aby ciągle trwał, ponieważ sądzi, iż dlatego tylko musi trwać, że zaczął. Tymczasem właśnie tu narzuca się godna uwagi różnica między diabłem i dwoma pozostałymi wrogami cnoty. Zadowolenia bowiem, na które cielesność i wspaniałości, na które świat zwraca uwagę, są całkowicie ulotne i przemijające, a skoro znikną, pozostawiają po sobie przykry żal; a nadto pozwalają, żeby człowiek opamiętał się, kiedy go jakby ręką odsuwają i uwalniają z niewoli swojej; co nie ma miejsca w diable, którego niewola, na ile jest to w jego mocy, jest wieczna.

Po trzecie, jest widoczne, że diabeł zagraża chytrze i podstępnie, gdy pozostali wrogowie cnoty jakby z odkrytym czołem napadają na nas. Albowiem diabeł filaretów, czyli miłośników cnoty, pod pozorem awansu i większego postępu w cnocie odwodzi od cnoty; przekonuje bowiem ciągle, że należy dalej działać, jakby mówił i ustawicznie im wpajał : „Co dobrze zacząłeś, zawsze rób dalej”. A nadto miłośników cnoty, posuwających się od niedostatku do samego środka cnoty, pod pozorem większego dobra dalej popycha i zmusza do nadmiaru i czyni tak, że odpowiednie są w stosunku do nich słowa poety : „Gdy głupi unikają wad, wpadają w przeciwne”. O to cielesność i świat nigdy nie starają się. Z pewnością wabią także miłośników cnoty i odwróconych do nich tyłem sprowadzają z królewskiej drogi cnoty; owszem, także będących naprzeciw czasem zaczepiają - i dlatego mniej należy się bać ich, ponieważ atakują od przodu i walczą z odkrytym czołem - lecz oczywiście odwróconych tyłem lub będących naprzeciw nie mających zamiaru zejść i dalej postępujących ku drodze cnoty. Nigdy bowiem nie narzucają się pod pozorem cnoty; wiedzą i wyznają jawnie, że nie mają nic wspólnego z cnotą, co diabeł, jak widzimy, nieraz podstępnie ukrywa i udaje, że jest cnoty i czcicielem, i obrońcą.

Przeciw temu oszustwu i zwodzeniu diabła, skuteczne lekarstwo podpowiada nam wyrocznia rozumu: „Aby nie za wiele!”. W ten sposób jesteśmy napominani, do jakiejkolwiek części i materii cnoty zwracamy się, abyśmy czujnie powstrzymywali się od wady, która w owej materii skłania się ku nadmiarowi. Na przykład postanowiłeś, że okażesz się szczodry? „Aby nie za wiele”, strzeż się, abyś nie był rozrzutny. Postanowiłeś, że okażesz się oszczędny? „Aby nie za wiele”, strzeż się, abyś nie był skąpy. Postanowiłeś działać szlachetnie? „Aby nie za wiele”, strzeż się, abyś nie okazał się pyszny. Rozważnie? Znowu „aby nie za wiele”, strzeż się gnuśności i ospałości. I tak zawsze (nigdy bowiem dość powtarzać, że nigdy nie dość nauki) „aby nie za wiele”.

A godne jest zapamiętania to, że wyrocznia nie mówi: „Aby nie za mało” (chociaż w niedostatku równie wielka wada jak w nadmiarze), lecz mówi: „Aby nie za wiele”; ponieważ grozi ze strony nadmiaru większe niebezpieczeństwo, większe z tej strony jest kuszenie i zwodzenie diabła. Kiedy bowiem ktoś postanowił poświęcić się jakiejś cnocie, ten już w pewien sposób odwrócił się plecami do niedostatku, który w jakiś sposób został mu postawiony na drodze, i od owego niedostatku przechodzi do samego środka cnoty; dlatego powinien starać się czujnie, aby w środku pozostać, aby poza środek nie wykraczać do nadmiaru, chociaż diabeł naciera i wskazuje, że trzeba dalej działać, ponieważ się zaczęło. Tak na przykład, kto postanowił, że okaże się szczodry, on już tym samym wystarczająco wyrzekł się skąpstwa, odwrócił się do niego tyłem i działając dalej, po pierwsze, z pewnością podążył do szczodrości, jakby na środku drogi ustawionej; którą, jeśliby objął , jeśliby na niej zatrzymał się, dobrze jest, uczciwym jest miłośnikiem cnoty. Lecz jeśliby dalej nieco posunął się, (co tu jest zagrożeniem, a jest i bardzo łatwe z powodu oszustwa diabła powtarzającego: idź dalej, idź dalej), wpada w nadmiar, mianowicie w rozrzutność. To samo dotyczy materii pozostałych cnót i obowiązków.

Tym więc diabła podstępom i oszustwom miłośnik cnót przeciwstawia tarczę rozumu. Pamiętaj, że rozum nie mówi: „Idź dalej, ponieważ zacząłeś”, lecz często i częściej: „Zaprzestań, chociaż zacząłeś, owszem, chociaż najlepiej zacząłeś, zaprzestań; albo idź dalej, lecz nie dlatego, że zacząłeś, ale dlatego, że Bóg każe”. Na tarczy zaś swej napisz tę wyrocznię: „Aby nie za wiele”.

***

Czystość moralna powoduje, że odbieramy świat jako coś radosnego i obdarzającego szczęściem, nawet wówczas, gdy nasze życie jest trudne i bolesne. Tomasz a Kempis twierdził: „Jaki kto jest wewnątrz, tak widzi świat zewnętrzny. Jeżeli istnieje na świecie radość, to może być ona udziałem jedynie człowieka o czystym sercu”. Nie potrzeba tu żadnych nauk, pouczeń, instrukcji, podpowiedzi. Wewnętrzne światło oświeca samo siebie i cały świat. „Prawda sumienia przemawia do nas w głębi bez szelestu słów”.

Z tego jednak nie wynika, że świat jest jednowymiarowy, a życie człowieka musi być bezrefleksyjne i bezmyślne, jak egzystencja stada owiec. „Niczego tak się nie lękaj, niczego tak nie unikaj i od niczego tak nie uciekaj, jak od swych własnych występków i grzechów, one bardziej powinny cię martwić niż jakakolwiek utrata” - powiada Tomasz a Kempis. Bez samowiedzy, samoanalizy i samodoskonalenia nie można osiągnąć wyższej duchowości. Po to przecież Bóg obdarzył człowieka rozumem, aby czynił z niego użytek i żył godnie. I po to oświecił rozum przez sumienie, aby czyniąc źle, odczuwał i głęboko przeżywał święte uczucie zawstydzenia i winy, które z kolei jest impulsem do poprawy i do unikania zła w przyszłości. Warunkiem przeżywania poczucia wstydu moralnego podczas przekraczania granic przyzwoitości jest poprzednia internalizacja zdrowych norm i wartości etycznych.

„Dana osoba ma skłonność do odczuwania wstydu o charakterze moralnym, jeśli uznaje za swe zalety te cnoty, których wymaga i które wspierają jej plan życia. Osoba ta uważa te cnoty, a przynajmniej niektóre z nich, za własności, jakich oczekują od niej osoby z nią związane (a także ona sama). Posiadanie tych cnót i wyrażanie ich w działaniu jest jednym z regulatywnych celów dla osoby i spotyka się z wysoką oceną i szacunkiem ze strony osób z nią związanych. Działania i inne symptomy zdradzające nieposiadanie owych własności lub wskazujące na ich brak, łatwo stają się w takiej sytuacji źródłem poczucia wstydu; wywołuje go też świadomość tych wad, jak również ich wspomnienie. Ponieważ wstyd wywodzi się z deprecjacji własnej osoby, musimy pokazać, jak do niej dochodzi w przypadku wstydu moralnego (…).

Po pierwsze, pragnienie działania w sposób słuszny i sprawiedliwy jest zasadniczym sposobem, w jaki ludzie wyrażają swą naturę wolnych i rozumnych osób… Takie wyrażanie swej natury jest dla ludzi podstawowym elementem ich dobra. Łącząc to z objaśnieniem wartości moralnych dochodzimy do wniosku, że cnoty są zaletami. Są one dobrem zarówno z naszego punktu widzenia, jak i z punktu widzenia innych. Ich brak podważa zarówno nasz szacunek dla samych siebie, jak i szacunek, jakim darzą nas osoby z nami związane. Objawy takiego braku godzą więc w szacunek dla samego siebie i wywołują poczucie wstydu. (…)

Widzimy więc, że jako zalety, które wnosimy do życia społecznego, cnoty są czymś pożądanym, zaś ich brak prowadzi do poczucia wstydu. Pewne cnoty powiązane są jednak ze wstydem w sposób szczególny, ich nieobecność wskazuje bowiem na brak panowania nad sobą oraz towarzyszącej mu siły, odwagi i samokontroli. Krzywdy spowodowane brakiem tych przymiotów łatwo wywołują palące uczucie wstydu. Tak więc, choć do odczuwania zarówno wstydu jak winy prowadzą nas zasady słuszności i sprawiedliwości, każdy z tych przypadków wymaga odrębnej analizy. W jednym przypadku skupiamy się na naruszeniu roszczeń innych, na wyrządzonej im krzywdzie i prawdopodobnym oburzeniu oraz gniewie, jakie wywoła nasze działanie. W drugim zaś przypadku uderza nas brak panowania nad sobą oraz niemożność zrealizowania swoich celów: odczuwamy deprecjację własnej osoby spowodowaną lękiem przed utratą szacunku ze strony innych oraz rozczarowanie sobą wywołane nieumiejętnością życia zgodnie z wyznawanymi ideałami. Zarówno wstyd moralny, jak i wina mają odniesienie do naszych związków z innymi ludźmi; a każde z tych uczuć jest wyrazem akceptacji pierwszych zasad słuszności i sprawiedliwości. Niemniej jednak uczucia te wyrażają niejako różne punkty widzenia, różne sposoby postrzegania tej samej sytuacji” (John Rawls, Teoria sprawiedliwości). Ale te różne sposoby nie są ani tożsame, ani nawet równowarte sobie nawzajem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Moja lista blogów